Rusza Jaworzno II - 1953

miejsca Rusza Jaworzno II - 1953 r.

Do siłowni Jaworzno II łatwo jest trafić. Dwa białoszare kominy zastępują drogowskaz. Widać je z daleka mimo lasów i pagórków, domów mieszkalnych i rozsianych gęsto zakładów przemysłowych. Nowa siłownia góruje nad okolicą, a znaczenie jej sięga daleko, daleko poza Jaworzno, Szczakową, Chrzanów i Trzebinię. Cała południowa Polska czerpać stąd będzie siłę dla maszyn w różnych fabrykach. Prąd elektrowni jaworznickiej zapali żarówki w miastach i wsiach całego Podkarpacia i dalej na północ. Nie ma w Polsce takiej drugiej elektrowni jak ta i podobnej nie spotkacie, choćbyście przeszli całą zachodnią Europę aż do Atlantyku.
Jak tu opisać Wam piękno i śmiałość tej budowy? Oto kocioł, który wytwarzać będzie parę dla poruszania turbin. Jego wysokość równa się wielu piętrom, obok niego zaś rośnie już hala dla następnych. Gdyby rury i rurki jednego kotła ułożyć w prostą linię, miałyby one 40 km. Teraz weźcie pod uwagę, że każda z rurek musi się znaleźć na swoim miejscu, bo w wielkim kotle jak i w całej elektrowni wszystko musi tak być dopasowane jak w maleńkim zegarku. Są tu kolosalne turbiny, chłodnie, z których każda przepuszcza na godzinę tysiące metrów sześciennych wody. Gdy przypatrujemy się tym olbrzymom i podziwiamy je, to podziwiamy olbrzymi wysiłek tysięcy ludzi, którzy sprawili, że z Jaworzna II popłynie prąd.

OWOC PRZYJAŹNI

Niedługo Jaworzno II zahuczy całą mocą turbin. 5Zagrają swoistą melodię kilometrowe transportery węglowe, zaszumią młyny, które do przepastnych pieców podadzą węgiel skruszony na drobniutki pył. Na szczycie zaś siłowni zabłyśnie czerwona gwiazda — symbol pomocy i przyjaźni wielkiego Kraju Rad. Popatrz na te turbiny, przy których człowiek jest taki malutki. Zbudowali je robotnicy i inżynierowie z „Elektrosiły” im. Kirowa. Popatrz na te skomplikowane aparaty sieci rozdzielczych, przejrzyj stosy planów, zajrzyj 15 metrów pod ziemię, wejdź wysoko na kilkanaście pięter i patrz pilnie. Te oto konstrukcje wykonane zostały w hucie „Kościuszko”, a przylegające do nich agregaty w Moskwie, Kijowie, Swierdłowsku. Spójrz w prawo — tam gdzie tryska ogniem palnik spawacza — widzisz dwie kobiety. Jedna to pierwszy spawacz na budowie, Zofia Żyła z Dąbrowy Górniczej. Ta druga, ze zwojem rysunków w ręku, to inżynier Anisja Abakumowa. I tak chodząc z góry w dół i z dołu w górę spotkamy pochylonych nieraz nad tą samą robotą dwóch ludzi z dwóch dalekich stron. Ten znad Przemszy czy Dunajca, tamten znad Wołgi albo spod Uralu. Ten po raz pierwszy pracuje przy budowie olbrzymiej elektrowni, tamten zaś wyliczy kilkanaście obiektów, które już budował, nawet większych od tego. Trzeba pilnie uważać, by jak najwięcej nauczyć się od naszych przyjaciół.

Niedługo ekipa radziecka odjedzie, a wtedy nie pojedziesz za nimi tysiące kilometrów, by spytać, czy tak będzie „dobrze” i monter czy inżynier radziecki nie będzie mógł odpowiedzieć śpiewnym akcentem, że jest „fajno”.

CZYM MOGĄ SIĘ POCHWALIĆ

— Dobrych macie robotników i inżynierów — mówią radzieccy towarzysze.
— Skorzystaliśmy bardzo dużo z pomocy i doświadczeń naszych przyjaciół — mówią polscy robotnicy, technicy i inżynierowie. — Sami w żadnym wypadku nie zdołalibyśmy wykonać wszystkiego, jak potrzeba. Przecież pierwszy raz budujemy taki obiekt.
— Towarzysze radzieccy zapobiegli niejednemu poważnemu błędowi i nauczyli nas nowych metod pracy — mówi naczelny inżynier budowy Jurkiewicz. — Czy wiecie, że my od kilku miesięcy prowadzimy różne roboty równocześnie w jednym i tym samym miejscu? Tu na przykład stawia się konstrukcję, a monterzy turbin albo kotła nie czekają, tylko robią swoje. Musi więc wszystko grać i pasować do siebie, jak ulał. Jeśliby instalatorzy przeprowadzili przewody dalej, niż należy, o kilka centymetrów w lewo albo w prawo, to już na nie cała robota. Ale nasi ludzie, my wszyscy, staramy się by wszystko „grało”. I gra. Prawda, że to jest coś, czym można się pochwalić? Przede wszystkim zaś możemy pochwalić się ludźmi. Gdy zaczynaliśmy...

UCZYĆ SIĘ — CZY NIE UCZYĆ?

Było to przed dwoma niespełna laty. Maria Bobak nie biegała już za krowami, choćby dlatego, że wyręczało ją młodsze rodzeństwo. Pracowała w polu, kiedy była robota, a kiedy nie było, nie robiła nic, bo i cóż miała robić w Spytkowicach?
Stacja, kilka chałup, dalej wieś, a we wsi wiele podobnych do niej dziewcząt. Co starsze wyruszały w świat, bliżej albo dalej. — Maria na razie czekała. Kiedy jednak jaworznickie roboty przyciągnęły ludzi ze Spytkowic, Rabki i całej podgórskiej okolicy, pojechała i Maria. Zamieszkała w hotelu robotniczym, dostała ubranie robocze i łopatę do ręki. Któregoś dnia zapytano ją, czy nie chciałaby się uczyć.
— Szkołę skończyłam, to mi wystarczy, a do łopaty mądrości nie trzeba — odpowiedziała dziewczyna.
Z trudem przekonali ją, że powinna się uczyć, bo w Jaworznie, jak i w całej Polsce teraz, można nauczyć się fachu. Różnych używano argumentów, ale dziewczętom nie chciało się myśleć o nauce. — Mniej zarobimy w czasie kursu — odpowiadały. Odwykłyśmy od nauki.
W końcu jednak Maria Bobak zapisała się na kurs, a potem już ZMP-owcy pilnowali, by go ukończyła.
Minęło niewiele czasu i oto Maria Bobak, Zofia Wróbel i kilka innych otrzymały dyplomy zbrojarzy. Nauczyły się zawodu. Zarobki od razu się podniosły, ale i nowe kłopoty przybyły. Brygada, do której przydzielono dziewczęta, składała się z samych mężczyzn. Od niedawna stali się zbrojarzami, ale uważali siebie za takich fachowców, którym „baby” przeszkadzać tylko będą. Akord mieli zespołowy, to znaczy zarobek dzielili równo pomiędzy siebie. — A tymczasem — mówili między sobą — kobieta na pewno mniej zrobi, a podzielić się trzeba jak z równym.
Mieli rację, ale przez krótki tylko czas, bo gdy doszli do piętnastego piętra, przestali szemrać. Dziewczęta nie bumelują, nie opuszczają roboty, a „dryg” do kominowej budowy mają pierwszorzędny i ręce chociaż szczuplejsze potrafią zrobić to samo co męskie.

NA SZCZYCIE KOMINA

6W dniu, kiedy byliśmy w Jaworznie, obydwie zbrojarki pracowały na szczycie komina. Niestety wywiad z nimi na szczycie komina nie udał się, bo właśnie zakończono roboty i w momencie, gdy my wybieraliśmy się na górę, dziewczęta były już na dole.
— Czy nie boicie się pracować tak wysoko? Spojrzały na nas i roześmiały się: — Bać się... czego? Po pierwsze praca jest zabezpieczona, po drugie zaś — i tu spojrzały dumnie — czy wy wiecie, jaki piękny jest widok z wierzchołka komina?
Możliwe, ale cóż, nie dane nam było oglądać go. Rozmawiamy jeszcze chwilę o Jaworznie. Dziewczęta dumne są ze swojej pracy. — A ile zarabiacie? — pytamy. — 1.800 — 2.000 złotych na miesiąc. Zależy, jak robota idzie. — Ile przedtem zarabiałyście? — Kiedy? — Przed ukończeniem kursu zawodowego? — 600. Najwyżej 700.
W Jaworznie prowadzą roboty, które są jednocześnie szkołą. Wincenty Waś, stary doświadczony majster. Niewykwalifikowani robotnicy pod jego kierunkiem uczą się zawodu. Niejeden jednak po kilku dniach zmienił robotę, bo u Wasia na razie mniej zarobi. Nie słuchał dobrej rady, lecz podszeptu szkodnika lub głupca. Mówili tacy: „nie ucz się, co ci to da” i znaleźli się robotnicy, którzy usłuchali i nie uczą się. Niewielu wprawdzie, ale szkoda przecież każdego człowieka, jego zmarnowanych możliwości, jakie daje mu nasza partia i nasz Rząd.
Wielu ludzi przy budowie siłowni zdobyło zawód. Wielu uczy się dalej w technikach, a nawet i na wyższych uczelniach. Jaworzno wciąż jednak potrzebuje nowych robotników. Zapewnia im dobre warunki, ciekawą pracę.

PRZED I MAJA

Helena Bargieł jest „starszą” malarką, ma dzieci, dobrze zarabia, więcej nawet od męża (ona 1.300—1.400 zł, on 900 — 1.000), a mimo to trzy razy w tygodniu chodzi na kurs dla spawaczy. Ona i prawie wszystkie z jej brygady, mężatki i panny. — Malarką może być każda — mówią w brygadzie Heleny Bargieł — żadna sztuka i żaden fachowiec. Co innego spawacz, zbrojarz, murarz. Wprawdzie każda robota jest ważna, potrzebna, ale jeżeli stać nas na coś lepszego, dlaczego mamy być gorsze. Trud się opłaci i Państwu, i nam.
Tacy są ludzie Jaworzna II. Pracują, uczą się. Przebojem, ofiarnością łamią wszelkie przeszkody. Gdy zdarzyła się awaria wielkiej suwnicy, bez której nie można by montować turbin, Leopold Walarek 30 godzin przesiedział na suwnicy. Brakło potrzebnych narzędzi — przywiózł swoje z domu, aby awaria nie zatrzymała robót.
Tak postanowiła załoga. Przejrzyjcie meldunki zobowiązań pierwszomajowych. Gdyby którykolwiek oddział opóźnił swoje roboty, inny nie mógłby ukończyć swoich. Dlatego długo radzono najpierw w brygadach i w zespołach, a potem w oddziałach, co i jak można i trzeba zrobić, by zobowiązania pierwszomajowe zostały wykonane.
Wyjeżdżamy z Jaworzna, kiedy kilka tylko dni dzieli nas od maja — kiedy to załoga Jaworzna staje na wartach pierwszomajowych, by prędzej dać światło i siłę krajowi.

Tekst i foto:  Włodzimierz Orsza, Przyjaciółka nr 18, 3 maja 1953 r.

bibliografia