Kościuszko-Nowa

miejsca Z jaworznickiego notatnika – „Po ziemi krakowskiej, szlakiem sześciolatki” Kościuszko - Nowa 1954

Takiej kopalni przed dziesięciu laty nie było
Wiatr rozwiał poranne mgły nad miasteczkiem. Widać już popielatą wieżę wyciągową, która wznosi się ponad zabudowania przy krakowskiej szosie i dachy kamieniczek, zeskakujące stromo w dół. Na górze jest dziwnego kształtu trójkątny rynek, a w dole kopalnia. Na rynku ruch: żony górników niosą w ceratowych torbach poranne zakupy, przekupki przy podłużnych straganach z warzywem i nasionami targują się hałaśliwie. Wokół kopalni spokój — tylko rozpędzone koło wyciągowe na szczycie wieży, które zatrzymuje się w równych odstępach — jak w zegarku — świadczy, że wydobycie idzie pełną parą.
Wiosenny wiatr osusza kałuże na drodze. Tuż za kopalnią widać nowe, nieotynkowane jeszcze bloki górniczego osiedla.
Gdy byłem tu kilka miesięcy temu — wieża pomalowana była minią, koło wyciągowe stało bezczynnie, a na podszybiu kończono budowę rozjazdów. Dziś kopalnia liczy cztery miesiące życia — od czterech miesięcy idzie wydobycie. Miasteczko nazywa się Jaworzno. Kopalnia — „Kościuszko-Nowa” i jest najmłodszą w Polsce, chociaż równocześnie jest jedną z najstarszych. W tym samym miejscu zaczęto wydobywać węgiel już w 1792 roku. Nazwijmy tamten okres starą kopalnią.



„Patrz, Kościuszko, na nas z nieba” i ...akcje
Taki już jest zwyczaj, że reportażysta przyjeżdżający do kopalni idzie najpierw do dyrektora. Trzeba zorientować się w całości problemów, którymi żyje kopalnia — a poza tym dyrektor musi udzielić zezwolenia na zjazd na dół.
Zawiadowca kopalni, inżynier Broniewski, przyjął mnie tuż po jakiejś konferencji. W pokoju kłębił się dym z papierosów, w popielniczkach było pełno niedopałków. Dyrektorzy, rozmawiając z dziennikarzami o kopalni, zaczynają od historii. Tak więc i ja, i dyrektor Broniewski uczyniliśmy zadość tradycji.
— Ze starej kopalni nie ma już ani śladu. W ciągu ostatnich lat i miesięcy zaszło tutaj wiele więcej wydarzeń niż przez poprzednie półtora wieku — powiedział mi.
Zacząłem notować.
W 1792 roku zaczęto wydobywać tu węgiel. Kopalnia była własnością miejscowych kapitalistów. W połowie XIX wieku kupili kopalnię bracia Gutmann z Wiednia. Właśnie starszemu panu Gutmannowi urodził się syn, urządzono chrzciny suto zakrapiane alkoholem. Syn otrzymał na imię Rudolf, a panowie Gutmann po wypiciu którejś tam z rzędu butelki szampana postanowili nadać nowo zakupionej kopalni nazwę „Rudolf-Schacht”. Tuż przed pierwszą wojną światową panowie Gutmann zainstalowali w szybie nowoczesną maszynę wyciągową systemu Leonarda. Był to ostatni krzyk mody — kopalnia w tym okresie przynosiła niezgorsze zyski i modernizacja urządzeń jeszcze się opłacała.
W 1918 roku bracia Gutmann sprzedali kopalnię spółce, której większość akcji należała do władz miejskich Krakowa, Lwowa i Tarnowa. Obywatele: urzędnicy miejscy i drobni kapitaliści na walnym zebraniu, wzruszeni do łez, odśpiewali chórem: „Patrz, Kościuszko, na nas z nieba”. Byli wzruszeni — akcje kopalni miały przynosić dochód. Przemianowano nazwę kopalni na „Kościuszko”.
Ale nadszedł kryzys i po 16 latach akcje przestały przynosić dochód. W 1924 roku z powodu braku zbytu kopalnia została zamknięta. Nowoczesna niegdyś maszyna Leonarda okazała się starym gratem, cały system transportu podziemnego był przestarzały, a kopalnia przynosiła zbyt małe dochody, aby przeprowadzać modernizację urządzeń.
— O reszcie to się dowiecie na dole. Czego się nie dowiecie — zobaczycie.

Z numerem 2473
Nie pamiętam, gdzie widziałem ten obraz. Nie wiem nawet, czy jeden, czy kilka podobnych. Na pierwszym planie: wózek wypełniony węglem na szynach, z boku pochylony człowiek, który popycha wózek wysiłkiem ramion. Na czoło lśniące od potu, na twarzy wyraz zmęczenia, widać dokładnie wytężone i napięte mięśnie rąk i nóg. Człowiek — użyty jako siła pociągowa. Obraz ten zawarł w sobie ponurą historię przedwojennego górnictwa, gdzie rządziło prawo osiągnięcia największego zysku. Człowiek — użyty jako siła pociągowa. Młodzi górnicy, którzy nie widzieli tego, słuchają dawnych opowieści jak legendy. Nie wierzą, że przed wojną (w starych kopalniach, w których żadna mechanizacja nie opłacała się) ludzkie ręce, zamiast szybko sunącego po szynach elektrowozu, wprawiały w ruch wagoniki pełne urobku. Człowiek pchał wagoniki na podszybiu — ręcznie wpychał je do klatki windy — ręcznie popychał na powierzchni.
Zacząłem swoją wędrówkę od cechowni. Przebrałem się w kombinezon i gumowe buty, na głowę włożyłem górniczy kask. W małym drewnianym baraku lampiarni (nowej, murowanej jeszcze nie zbudowano) zaopatrzyłem się w karbidówkę i z blaszaną marką z numerem 2473 poszedłem na nadszybie. Ale jeszcze przed zjazdem w dół — zapełniłem kilka kartek notesu. Spotkałem po drodze Bronisława Dubiela, przewodniczącego Rady Zakładowej. Dubiel był do niedawna górnikiem strzałowym, brygadzistą młodzieżowej brygady. Ma niewyczerpaną energię. Zna kopalnię i jej sprawy jak własną kieszeń.
Pokazywał mi stare zabudowania kopalni. Mała wieżyczka starego szybu jest niewiele wyższa od kamieniczki nadszybia, dziś już zrujnowanej, bez okien, ze śladami po odpadającym tynku. Niedługo przyjdą tu robotnicy i będą rozbierać stare nadszybie i wieżyczkę, która przy nowym kolosie wygląda jak karzełek. Tuż obok starej wieży stoi szkielet dawnej sortowni — kilka żelaznych sztab, które obejmują przestrzeń jakieś 20 razy mniejszą od nowego gmachu cechowni.
Dubiel zasypał mnie cyframi. Nowa maszyna wyciągowa ma 5 razy większą moc od starej maszyny Leonarda, a 50 razy większą od najstarszej maszyny w kopalni. Nowy szyb może przewieźć 6 razy tyle węgla, co stary. Na nadszybiu rozlegały się dzwonki, z windy wyjeżdżały wagoniki wypełnione węglem. Sygnalista mówił nie bez dumy: „To nowa maszyna, przyjechała z Czechosłowacji. Teraz się będzie budować nowy szyb, jeszcze większy. Maszyna będzie miała półtora raza taką moc jak ta. I nawet wieża wyciągowa będzie wyższa”.
Na dole Dubiel pokazywał mi nowoczesne polskie elektrowozy i lampy świecące na podszybiu, gdzie jest jasno jak w dzień. W starej kopalni spalinowe lokomotywki ciągnące niewielkie wózki (dziś są tutaj ogromne wózki o pojemności 2 i pół tony) dymiły tak wściekle, że nie było pod ziemią czym oddychać. Widziałem nowoczesne przenośniki zgrzebłowe i opowiadano mi o mechanicznej ładowarce nowej konstrukcji, która odbywała próby na kopalni. Ładowarka nazywa się ROK (od pierwszych liter nazwisk konstruktorów: Rogulski, Opolski, Kowalski) i jest doskonale przystosowana do pracy na filarach „Kościuszki”.
Myślę nad tym, co zobaczyłem w nowej kopalni. Właściwie wędrówka pod ziemią była trochę monotonna, ale... Nie zauważyłem na całej drodze, którą przebyliśmy, od chwili, gdy bryły węgla zostaną odstrzelone na filarze, aż do chwili, gdy znajdą się w wagonach kolejowych — stanowiska, na którym byłoby miejsce dla wytężonej pracy ludzkiej. Czasy, w których człowiek był siłą pociągową, należą u nas już do przeszłości. Obraz, na którym widziałem zmęczonego człowieka pchającego z trudem wagonik węgla, jest dla nas obrazem historycznym. Kilku ludzi, którzy opanują nowoczesną technikę, obsługiwać będzie cały system podziemnego transportu.
Ale już dość długo jesteśmy pod ziemią.
Na filarze spotkałem Romana Flonca, a wracając — na nadszybiu sztygara Ciupryka. Opowiadania tych dwóch ludzi połączę w jedną całość pt.

Kamień i woda
Na pochylni 10 c przodek dochodził do uskoku. Mozolnie, metr po metrze posuwała się brygada naprzód. Trzeba na termin oddać kopalni nowe filary — trzeba pokonać kamień. Ale tuż za uskokiem do pochylni zaczęła się wdzierać woda. Najpierw sączyła się wolno, czysta jak ze źródła. Po dwóch dniach ciekło już więcej — była brudna, niosła ze sobą piasek i zanieczyszczenia.
Zaalarmowano sztygara Ciupryka, zastępcę kierownika robót.
Przyjechał zaraz, kazał zabudować bale i uszczelnić sianem. Woda sączyła się ze szczeliny dalej, ale już czystsza, przefiltrowana, i spływała pochylnią na dół, do pomp.
Brygada przestała drążyć skałę. Woda przybierała, znowu zanieczyszczona. Pompy zgrzytały, przepuszczając kurzawkę. Przystąpiono do odbudowy odcinka i zaczęto stawiać mury. Brygadą murarzy kierował bezpośrednio sztygar Ciupryk. Wybudowano już spory kawał muru, gdy woda zaczęła przybierać na sile, spływała pokaźnym strumieniem pochylnią do chodnika. Na torowiskach osadzał się piasek, woda zalewała kamienne przodki, z filarów nie można było transportować urobku. Zastawiło cały oddział.
Ludzie rzucali robotę i po kilka godzin oczyszczali torowiska z piasku. Jednego dnia Flonc z kolegami załadował 16 wozów piasku. Zaprzestano drążenia pochylni. Komisja, która przyjechała ze Zjednoczenia, kazała stawiać tamy węglowe, rozebrać przenośniki. Flonc, Nowak, Kowalski, Gętowski, Skuczyński prawie nie wyjeżdżali na powierzchnię. Trzeba ratować oddział za wszelką cenę. Tamy węglowe i dokończenie wymurówki wreszcie, po kilkunastu dniach uporów ludzi, pozwoliły na ujarzmienie wody. Ciekło jej z dnia na dzień coraz mniej.
— No, teraz będziemy mogli się wyspać — ucieszyli się górnicy. Mimo że byli zmęczeni, przemoknięci, uśmiechali się po przybyciu na powierzchnię. Byli utrudzeni, nieogoleni od kilku dni — jak żołnierze po bitwie. A bitwa była zwycięska.
Robić w jednym zespole z Dobkowskim i Koniecznym. Inni chłopcy też już się dogadali, ale na to sztygar się nie zgodził.
— No, trudno — powiedział mi Flonc — na razie trochę ustąpiliśmy, ale nie damy za wygraną.
Młodzi z „Kościuszki” bronią uparcie swej sprawy. Obiecałem Floncowi, że jeszcze przyjadę zobaczyć, jak te młodzieżowe brygady pracują.
— Nie zawiedziemy — 150 procent na mur.

Horyzont
Było ciepło i słonecznie, gdy wyjechałem na powierzchnię. Poszliśmy ku nowemu osiedlu. Dubiel prowadził mnie poprzez wertepy budowy — podobno na bliższe. Na bocznicy kolejowej stały dwa pociągi. Z boku wagonów, pod siatką, wypisane były karty docelowe. Na jednych adres: Huta im. Lenina, na drugich: Siłownia II Jaworzno.
— Pociągi z węglem na siłownię będą szły tylko do jesieni — powiedział tajemniczo Dubiel.
— Jak to, potem będą brać z innej kopalni?
— Skądże. Większość naszego wydobycia przeznaczona jest dla siłowni. Prawie że można powiedzieć: „kopalnię zbudowaliśmy dla siłowni”. Ale...
Poprowadził mnie dalej, gdzie stały brzuchate betoniarki i wydłużone fałdy żwiru. Obok głębokich wykopów.
— Na siłownię węgiel będzie szedł kolejką linową, wprost.
Budują teraz fundamenty stacji — a na jesieni kolejka ruszy. To wcale nie tak daleko.
Wskazał na horyzont. W kłębach dymu stały zabudowania siłowni, wystrzelały ku niebu trzy potężne kominy.
Długa, monotonna jazda samochodem usposabia do rozmyślań. Próbowałem więc dokonać syntezy wrażeń, które wywiozłem z kopalni. Wszystko się łączy: potrzebna nam była energia dla przemysłu — wybudowaliśmy potężną siłownię. Siłownia potrzebowała węgla — zbudowaliśmy nową kopalnię. Ale potrzeba nam jeszcze więcej energii i więcej węgla: rozbudowujemy siłownię i kopalnię.
Flonc za każdym razem mówił: „Nasza kopalnia”. Najmłodsza kopalnia. Nasza najmłodsza, która wciąż rośnie i rozwija się, której ludzie: Dubiel, Flonc i inni dzielnie pokonują wszystkie trudności, a której siłą napędową jest młodość.

Tekst: Janusz Roszko, kwiecień 1954 r. Foto: Adam Bogusz, Jaworzno 1960 r.



bibliografia